Stare auto
Historie

Samochód? Powinni tego zabronić. 

Powinni zakazać reklam samochodów – im dłużej zaczęłam w myślach obracać sobie to zdanie zasłyszane u jednego ze znajomych, na tym ciekawsze rubieże antykonsumpcjonizmu zaczęła dryfować moja wyobraźnia.

Nie twierdzę, że nowe samochody są złe i wcale nie chodzi mi o to, że skoro stać mnie tylko na stare gruzy (ironicznie się tu uśmiecham), to po prostu z zawiści wobec “bogatszych” chciałabym im po prostu uszczknąć tego wspaniałego świata marzeń i snów o nowych, wspaniałych furach. O nie.

Coś tam o etyce

Kiedy pierwszy raz przeczytałam wypowiedź jednej ze znajomych osób, że właśnie powinno się zabronić reklamowania nowych samochodów, to po prostu parsknęłam… Ta jasne, zabronić. Po co? Przecież jak ktoś nie chce, to nie kupi – proste.

Potem przypomniało mi się, jak na trzecim roku studiów debatowaliśmy o kwestiach etyki w reklamie. *Ugułem* chodziło na przykład o to, żeby określić tak z grubsza ramy tego, co jest nieetyczne w świecie reklam, na przykład adresowanie ich do dzieci i pokazywanie im przedmiotów reklamowanych takich, jakimi nie są. W sensie wiecie, że ludzik lego jest żywy, kiedy nie jest żywy. Albo rozbudzanie w dzieciach poczucia, że bez jakiejś rzeczy będą gorsze.

No dobra, ale co to ma wspólnego z samochodami dla dorosłych, nawet jesli ci dorośli są mentalnie zatrzymani na poziomie sfochowanej nastolatki? Ano tyle, że w zasadzie, jakby tak spojrzeć na nas, to wszystko już mamy. I wiemy, że mamy oraz wiemy czego nam potrzeba.

Tymczasem reklama sprzedaje nam jakiś idealny scenariusz, w którym, po odpowiednim naciśnięciu na nasze emocje, pragnienia, a może i kompleksy, zapragniemy mieć więcej, zwłaszcza tego, czego nie wiedzieliśmy nawet, że potrzebujemy. I tak jedni zapragną realizować się jako nowi, lepsi domatorzy dopierający wszystkie plamy, inni za sprawą kilku nowych, nieobecnych dotąd w kuchni narzędzi (może nawet smart?) ujrzą się w roli najlepszych kucharzy, którym każda potrawa się udaje. Jeszcze inni zaś poczują, że wystarczy tylko przystępna i niska miesięczna rata do 4000 zł i RRSO 21%, i już będą dobrze sytuowanymi szczęściarzami poruszającymi się stylowym, drapieżnym, eleganckim, modnym, bezpiecznym wyróżniającym się, ekologicznym, nowoczesnym, rodzinnym, sportowym, terenowym, miejskim, wyposażonym w liczne udogodnienia, ładnie sfilmowanym w miejskiej/wiejskiej/górskiej/morskiej scenerii SAMOCHODEM.

To nie był film

Siedzimy i patrzymy sobie na to wszystko. może jeszcze w swojej mentalnej pustelni potrafilibyśmy wygrać z tym bombardowaniem pożądaniem zakupu nowego auta, ale potem wkraczają osoby trzecie. Somsiad? Osoba partnerska? Kolega z pracy z medalem za zasługi w sprzedaniu największej ilości kitu najbogatszemu klientowi? I oni wywierają presję – cicho lub całkiem głośno. I niby wciąż nie jesteśmy bezwolną masą, trzciną, którą silna wichura zaledwie kołysze, ale jednak obraz i emocja drążą naszą skałę i w końcu łamiemy się jak silne drzewo i chuj i cześć. Uzasadniamy to sobie tym, że nasze stare, ośmio-, dziesięcio-, a może nawet – o zgrozo!- piętnastoletnie auto już dawno wymagało sprzedania, zezłomowania, zniknięcia z oczu na kontenerowcu zmierzającym w kierunku odległych krajów afrykańskich… I potrafimy jeszcze doskonale się usprawiedliwić przed sobą i resztą świata.

Ja, zbawca tej planety, kupuję to oto nowe, bezpieczne, ekologiczne auto, o wiele lepsze niż to poprzednie, stare auto. Może tamto jeździło, ale to nowe jeździ jakoś tak bardziej. Inaczej trzeszczy plastik. Inaczej mrygają te kontrolki. Wszystko jest takie nowe i fajne i my tacy jesteśmy jakoś bardziejsi w tym.

To czemu zabraniać reklam? Czemu kraść marzenia i sny? Można by pomyśleć, że choćby dlatego, że zdecydowana większość z nas nie kupi takiego auta za własne pieniądze. Będziemy mieć auto należące do miłej instytucji leasingowej, która nam to auto użycza, czy do banku – ale inni tego przecież nie widzą. Może się domyślają, bo blachy są niby z Poznania, czy Warszawy, a my jesteśmy z Rzeszowa, czy Gorzowa, ale to detal. Nikt nikomu nie zabroni się zadłużać. Jesteśmy przecież dorośli i sami decydujemy o tym ile kredytów będziemy spłacać. A samochód nie jest, nie był i nigdy nie będzie prawem, nie towarem, jak mawiają osoby lewicoprzychylne. 

Po prostu jeżeli faktycznie zależy nam na ekologii:

NAM – cywilnym ludzikom, które potem skrzętnie głosują za strefami czystego transportu i szkalują graciarzy zatruwających dzieci starym, piętnastoletnim dieslem; 

albo NAM – producentom pojazdów wszelakich, którzy tak w kółko podkreślają, że auta takie, srakie, hybrydowe czy full-elektryczne są takie ekologiczne;

czy też NAM – włodarzom, zarządcom, prezydentom, emisariuszom unijnym -którzy tak chętnie wyznaczają kolejne normy emisji spalin, strey i inne dyrektywy;

to przestańmy reklamować nowe auta. Bo każde nowe auto, to na starcie jest nowa bomba zatruwająca środowisko i nierzadko zanim spłaci swój startowy dług emisyjności, to dobrnie do momentu, w którym przyjdzie mu zaciągnąć nowy kredyt pod wymianę podzespołów.

Jeżeli zaś ktoś wam mówi, że musicie koniecznie pozbyć się czegoś, co już macie (to działa, jest dbane i korzystacie z tego z powodzeniem od jakiegoś czasu), żeby wydać więcej pieniędzy i zastąpić to czymś nowym – to nie jest żadna ekologia, to tylko konsumpcjonizm…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *