Fiat, rap i stylowe ubrania — Michał ze 125pe o twórczym dialogu z nostalgią
Są projekty, które powstają z potrzeby rynku. I są takie, które rodzą się z potrzeby serca. 125pe® zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To historia o braku, który stał się początkiem. O emocjach, które nie chciały zniknąć. O człowieku, który zamiast odciąć się od przeszłości, postanowił wejść z nią w dialog — twórczy, szczery, czasem trudny, ale zawsze autentyczny.
Na wstępie muszę zaznaczyć jedno: to nie może być zwykły tekst pisany na chłodno według schematu. Temat 125pe® wymyka się szablonom, choć… paradoksalnie ma z nimi wiele wspólnego.
Sam Michał Zając, twórca marki, jest postacią barwną i wielowymiarową. Z wykształcenia (praaawie) architekt, z zawodu grafik i przedsiębiorca, a poza tym… no właśnie. Kiedyś pewien niezwykle kreatywny artysta ze Śląska ukuł pojęcie „wszystkoik” — człowiek, który robi wszystko i wszystko zamienia w coś nowego, dobrego, poruszającego. Niezależnie od tego, czy trzyma w ręku pióro, pędzel, spray, mikrofon, czy klucz płaski „10”.


Michał jawi się właśnie jako taki wszystkoik. Freestyle jest wpisany w jego DNA i przenika każdy aspekt życia. Ale nie mylcie freestyle’u z chaosem. Każdy, kto dorastał na rapie, wie, że dobry styl wolny to synergia myśli i słów. Bez inteligencji, strategii i skupienia kończy się szybciej, niż się zacznie.
Gdy styl spotyka sentyment — moje pierwsze spotkanie ze 125pe®
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam ciuchy spod szyldu 125pe®, poczułam, że to jest dokładnie ten styl, który do mnie przemawia. Mocny, wyrazisty, dynamiczny. Kanciasty — a ja uwielbiam kanty, tak charakterystyczne dla projektów użytkowych z lat 70. i 80.
Grafiki na tych koszulkach i bluzach miały w sobie coś z estetyki szablonów, które dzięki kilku psiknięciom sprayu pojawiały się na murach, bramach i płotach. Każdy, kto dorastał na przełomie lat 80. i 90., pamięta te przedziwne przejawy street artu — jednokolorowe, schematyczne, zaskakujące.

Najpierw zaciekawiły mnie ubrania. Potem poznałam ludzi, którzy za nimi stoją. A w końcu okazało się, że łączy nas o wiele więcej niż podobne poczucie estetyki — jesteśmy z jednej okolicy, jednego rocznika i jednej rapowej zajawki. Nic dziwnego, że do marki stworzonej kilkanaście lat temu przez Michała i Olgę we wnętrzu Dużego Fiata mam dużo sympatii i jeszcze więcej szacunku.
„Rdza nas nie pokona” — manifest motoryzacyjnych romantyków
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam grafikę z rozszabrowanym maluchem stojącym na szczycie sterty złomu i hasłem „Rdza nas nie pokona”, pomyślałam: to jest dokładnie to. Esencja naszego „graciarstwa”, niezależnie od tego, czy mówimy o dopieszczanych klasykach, które mimo pięćdziesięciu lat wyglądają jak cukiereczki, czy o gruzikach, które czas szarpie tu i tam, a one dalej jadą, dalej żyją, a każdą rysą, wgniotką, wżerem piszą swoją historię.

„Rdza nas nie pokona” działa dosłownie i metaforycznie. Nie rozsypiemy się. Nie poddamy. Możemy się zmieniać, ale pozostajemy sobą. To manifest, który splata w jedno miłość do motoryzacji, sztuki ulicy i świata, który na naszych oczach zniknął, by odrodzić się w zupełnie innej formie.
Korzenie nostalgii — przemysł, który znikał na oczach dziecka
Michał opowiada, że wychował się w otoczeniu, w którym polski przemysł ciężki znikał z dnia na dzień. Górny Śląsk i Zagłębie Dąbrowskie to były tereny, które w burzliwych latach 90 zmieniały się z tętniących życiem, choć skąpanych w dymie terenów przemysłowych w krajobraz rodem z postapokaliptycznych gier.

„Temat przemijania jest mi bliski od zawsze. Towarzyszy mi pewien rodzaj nostalgii, który naturalnie prowadzi mnie przez każdy proces twórczy. Należę raczej do twórców introwertycznych – zamkniętych w sobie, ale jednocześnie próbujących dać coś światu poprzez przekładanie emocji na projekt.
Wychowałem się w otoczeniu, w którym na moich oczach znikał polski przemysł ciężki. Spacerowałem po pustych halach Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego, obserwując ich stopniowy upadek – miejsc, które w dzieciństwie były naszym naturalnym placem zabaw. To doświadczenie mocno mnie ukształtowało.”
Duży wpływ miała też kultura hip-hop. Michał podkreśla, że rap opiera się na emocjach i świadomości przemijania. „Bez emocji nie ma rapu — i u mnie dokładnie tak samo jest z projektowaniem” — mówi. Kiedyś przelewał młodzieńczy bunt na napisy na niszczejących obiektach. Dziś robi to poprzez grafikę i ubrania.
„Projekt 125pe® to w gruncie rzeczy jeden wielki dialog z nostalgią, przemijaniem i sentymentem. Mam świadomość, że współczesna młodzież może już tego nie doświadczać w taki sam sposób. Jeśli ktoś nie spędził dnia w rozszabrowanym „Maluchu” sąsiada, nie zna zapachu dzieciństwa – zapachu rozgrzanego oleju.”
Zrób to sam — filozofia, która łączy hip-hop i klasyki
Tu pojawia się kolejny ważny element: DIY. W hip-hopie ceniono twórców, którzy sami robili swoje bity, sami pisali teksty, sami nagrywali i sami rozprowadzali swoje materiały. Bez układów, bez mainstreamu. W świecie starych samochodów jest podobnie. Często jesteśmy wręcz skazani na „zrób to sam”, ale to właśnie buduje głębszą relację z pojazdem.

Michał i Olga tę filozofię przenieśli na markę odzieżową. I zrobili z niej źródło utrzymania. Michał mówi, że każdy dzień wymaga od nich ogromnego zaangażowania. Prowadzą projekt autorski, ale jednocześnie pełnoprawny biznes. 125pe® to jeden wielki mix — coś na kształt wspomnianego już przeze mnie na początku tego tekstu życiowego freestyle’u. Przez 14 lat aż 90% działań realizują tylko we dwoje: od pomysłu, przez projekt, nadruk, aż po sesje zdjęciowe. To autentyk. Często sam autor grafik staje po drugiej stronie obiektywu jako model.



Dziś ich działania dzielą się na te prowadzone w internecie oraz te „bliżej ludzi”. Coraz częściej wychodzą w teren — na spotkania, zloty i eventy. W tym roku ich drugi brand, 126pe®, został oficjalnym współorganizatorem 22. Ogólnopolskiego Zlotu 126p. To kolejny poziom wyzwania. I dowód, że marka żyje.
– Dominika „Gratowiedźma” Błaszczyk
Ten tekst powstał we współpracy z marką 125pe®, ale to wszystko prawda, bo najpierw była zajawka i relacja, a potem kooperacja!
-
Ballada o Wartburgu, który nie był kombi tylko Camping-Limousine
Pojemny, przestronny, elegancki, a do tego zaprojektowany tak, że nie powstydziłby sie tego fan amerykańskiej motoryzacji
-
Austin Mini Hustler – rzadki kit car, który wygląda jak mobilna witryna sklepu
Austin Mini Hustler jest jednocześnie rzadkim klasykiem z ciekawym rodowodem, wyjątkowym kit carem i najdziwniejszą witryną na kółkach po tej stronie globu. To samochód, który wygląda, jakby powstał w garażu ekscentrycznego wynalazcy… i w sumie tak właśnie było. A najlepsze? Ten konkretny egzemplarz możesz kupić na eBayu. Hustler – nazwa, która myli, i projekt, który…

Fajny, szczery artykuł , pewnie dlatego że opisywane postacie i sytuacje są autentyczne
🔥🔥🔥🫶🏻