Mehari bez moheru
Miał być osioł, wyszedł wielbłąd, a dziennikarzom dowiózł po króliczku. Taki właśnie jest ten samochód. Poznajcie jednego z moich faworytów z kraju bagietek i ślimaków.
Francuska motoryzacja kojarzy mi się przede wszystkim z przekombinowaniem i nadmiarem, tymczasem jedno z niewielu aut z ojczyzny Fantomasa, które prawdziwie mnie urzekło, stanowi totalne zaprzeczenie tego stereotypu.

Citroen Mehari, bo o nim mowa, wygląda jak plastikowa wanna na kołach i w sumie jest plastikową wanną na kołach. Starsi czytelnicy, oraz ci, którzy bywają regularnie tam, gdzie dostępne są kanały telewizyjne typu “pięćdziesiąt powtórek Znachora i maraton z Allo Allo” Mehari kojarzyć mogą z filmowego cyklu o żandarmie.
Wiecie, Louis De Funès ze swą wyrazistą mimiką i bogatą niczym deska rozdzielcza C4 Picasso gestykulacją, kobiety w pięknie skrojonych sukienkach, śmieszne kepi, pościgi, slapstickowe scenki, strzelaniny, karuzela emocji i nagle weżdża on, w kolorze zgniłej zieleni i z gracją godną rozpędzonego pudła przetacza się po drogach i bezdrożach Saint-Tropez.
Na robotę i na relaks
Na początku nazywać miał się osioł i powstał poniekąd jako wiekopańska zachcianka Rolanda de la Poype, hrabiego – inzyniera, którego zauroczył brytyjski Mini Moke stanowiący idealne jeździdło na polowanie i na plażę. Hrabia, który był wpływowy, miał fantazję i miał swoje SEAB, co w sumie łączy trochę SAABa i SEBĘ, ale było przede wszystkim wytwórnią elementów plastikowych. Do tego skrzyknął jeszcze dwóch kumpli – projektanta Jean-Louisa Barraukta i inżyniera Jeana Darpina i zaczęli knuć.
Wymyślili sobie, że wezmą całe podwozie ze zmodernizowanej 2CV, która właśnie debiutowała na rynku jako Dyane 6, dorzucą do tego silnik z 2CV, a nadwozie to tylko skromny dodatek, za to będzie zrobiony z plastiku. Ciekawe, że akurat hrabia miał ta swoją manufakturę tworzyw sztucznych, myślicie, że to przypadek? Pewnie nie, ale może nie popadajmy w teorie spiskowe… Taki plastik to każdy może sobie sam zrobić w piwnicy.
Jakby tego było mało buda montowana była z 10 elementów, dzięki swoim właściwościom nie musiała być lakierowana, po prostu dodawano pigment jeszcze przed odlaniem. Et voila! Wygodnie i pragmatycznie.
Tutaj muszę zrobić małą dygresję, bo polecam wam szczególnie zwrócić uwagę na sposób montowania maski. Paski i klamerki. Awwwww.

Natomiast o tym gdzie produkowano pierwszych kilka prototypowych egzemplarzy, że silnik pierwotnie miał pojemność 602 cm3 i oszałamiająca moc 28 KM, że pierwszy Mehari w historii był w najpierw z kartonu, potem z drewna, a dopiero na koniec z plastiku, to ja w ogóle nie będę pisać, bo po co przynudzać. Tak samo jak o tym, że w sumie choć miał być osłem, skończył jako wielbłąd, bo nazwa “mehari” w języku Tuaregów oznacza właśnie szybkie, silne i dzielne dromadery. Temat był poruszany wielokrotnie, odsyłam do wyszukiwania. Zamykam wątek. Przejdziemy od razu do hrólików.
Siano, dziewczyny i królik dla każdego
Choć na pierwszy rzut oka Mehari może wydawać się piękny, ale w sposób nienahalny i raczej przywodzi na myśl pojazdy służb specjalnych, gdzie funkcja góruje nad formą, to w istocie jest totalnym słodziakiem i małym wariatem pełnym dysonansów.
Już na pokazie prasowym w Normandii nie tylko zaprezentowano wszechstronność tych pojazdów, ale też zdefiniowano kolorystykę, którą przyporządkowano do konkretnych grup użytkowników.
Czerwony dla strażaków w ich małych remizach. Turkusowy na plażę, by jeździć z dziewczętami. Żółty dla golfiarzy, by mogli wozić swe kije. Beżowy dla myśliwych, z łopatą na burcie. (Powiedzcie, że czytacie to głosem Kate Blanchett wcielającej się w Galadrielę, proszę) Zielony dla prowincji, sianem wypchany. Tak. Wjechał wypchany sianem na pokaz prasowy, a co? Granatowy dla żandarmów, więc prowadziły go umundurowane, uzbrojone modelki z psami, a autko wyposażono w obrotowe światło na stojaku. No i na deser biały.


Dla kogo taki biały Mehari? No dla rolników. Oczywiście to dość kontrowersyjne, ale uznajmy, ze może we Francji ma to ser, znaczy sens i ogólnie trzeba mieć jaja, żeby jeździć białym Mehari będąc rolnikiem.Co ciekawe na pace białego Mehari wjechały klatki z białymi króliczkami, które rozdano dziennikarzom. I to jest konkretny podarunek, a nie jakiś tam długopis, notes, pendrive, czy wycieczka do dalekich krajów z drogim smartfonem, czy coś.
Czego chcieć więcej?
Co mnie urzekło w Mehari, które miałam okazję poznać osobiście wiele lat temu, w warunkach wyjątkowo przyjaznych gratom? Totalna prostota. Redukcja samochodu do jego absolutnie podstawowej funkcji przejazdu z miejsca A do miejsca B, bez zbędnego certolenia i egzorcyzmów.
Z resztą patrzcie sami na wnętrze. Wsiadasz i wiesz, co masz robić. Jak jesteś kierowcą, to dostajesz wszystkie najważniejsze informacje – jak szybko jedziesz – choć w mojej skromnej ocenie jest to zbędne, bo w swej najczystszej postaci Mehari oferuje także absolutny brak dachu i bocznych szyb, więc prędkość bardzo łatwo jest stwierdzić organoleptycznie.

To jest auto multisensoryczne. jak mało trzeszczy, a silnik tylko trochę hałasuje, wiatr nie jest zbyt porywisty a krajobraz wokoło przesuwa się powoli, to znaczy, że jedziemy powoli, a jak hałas jest nie do zniesienia, wszystko wyje, terkocze, podskakuje, a krajobraz przesuwa się nieco szybciej, to znaczy, że możemy zbliżać się nawet do prędkości 50 km/h. Nie mniej jednak francuscy eksperci od designu nie mogli się powstrzymać i dali ten prędkościomierz. pewnie stali za nimi jacyś okrutni anglosascy urzędnicy, którzy tylko czekają, aż się biedny Francuz, frankofon, albo inny frankofil potknie i nie zrobi czegoś przepisowo. To oni zmusili, na pewno.
Co my tam jeszcze mamy? Ilość paliwa w zbiorniku, nalot (znaczy naloty są pewnie w różnych miejscach, he, he, ale wiecie… tego, chodzi o liczbę przejechanych kilometrów w sumie) można jeszcze podejrzeć stan ładowania akumulatora, dwa pstryczki, dwa pokrętła no i jest ściąga z układu biegów. Bardzo przydatna sprawa.
Ogólnie są też wersje z nawiewami, ale jeśli zdacie sobie sprawę, że Mehari ma po prostu opuszczaną przednia szybę, którą wykładacie sobie na maskę, to koncepcja nawiewów wydaje się być jeszcze ciekawsza. Możliwe, że pomagają odprowadzić ciepło z przegrzewającego się silnika. Do tego pierwotnie nie było tam zamontowanych pasów bezpieczeństwa.
Podsumowując – niewiele jest, więc niewiele może się zepsuć. Czy w tej sytuacji nie brzmi to jak auto idealne?
Mnie się szalenie podoba. Gdy więc w jakis smutny i ponury wieczór myślałam sobie, czym jeszcze nie dręczyłam sąsiadów, sprowadzając pod blok jako element wysoce niespójnej kolekcji, wpadłam na pomysł, by przeglądać oferty z Mehari na sprzedaż, zagadnęłam tęz niezoowiązująco kolegę redaktora i otworzył przede mna wrota piekieł do świata jeszcze bardziej pokracznych Mehari.
Teoretycznie Francuzi najbardziej są dumni z lokalnego, europejskiego obrotu tymi wanienkami, tymczasem Mehari docierały wszędzie tam, gdzie ludzi musnął choćby dyskretny cień francuskiego kolonializmu.
(Nie) łatwy do utrzymania
Mehari w czystej formie spotkałam jeszcze 15 lat temu w krajach Maghrebu, gdzie świetnie sprawdzały się w roli lekkich wołów roboczych i przydatnych jeździdeł stref pustynnych. Do Afryki, ale też Indonezji adresowane były jednak inne dziwadła tego typu, czyli FAF A4.
Jeśli podoba wam się ARO i wasze serce bije szybciej na widok Tarpana Honkera, to nie patrzcie na FAF-ika, bo nie chce odpowiadać za wzrost stanów przedzawałowych w tym kraju. Niby FAF A4 mógłby uchodzić za wersję Mehari, ale ponieważ nie zawiera najważniejszego elementu, którym szczyciły się wielbłądy z szewronami, czyli plastikowej wanny, stał się po prostu odrębnym modelem, nie tylko kierowanym na inne rynki zbytu i dla innego typu klienta, ale tez wykonywanym według nieco innej filozofii.
I finalnie było mu bliżej do… Baby Brousse (z Wybrzeża Kości Słoniowej), które porównywane jest do Mehari, które jest tylko pokrewne, ale z twarzy i składu karoserii jednak inne, więc czego nie rozumiecie? No właśnie, patrzcie w ogóle na piękne schematy i zdjęcie FAFarafa zarchiwizowane na Citroenet.



Wszystko zostało obmyślone tak, by auta były produkowane lokalnie, czyli w dowolnym miejscu na świecie – od Senegalu, przez Bankok po Buenos Aires, przez średnio dobrze wyszkolonych pracowników, z nieszczególnie wysokiej jakości materiałów. Jednym słowem takie postarane w sam raz na 21,37%. Aha, nazwa odnosi się do chwytliwego sloganu “ Facile à Fabriquer, Facile à Financer” czyli rzec by można “Łatwo zrobione, tanio kupione” (tak, wiem, po francusku jest inny czas, ale dajcież spokój, przynajmniej się rymuje). Pod koniec lat 70 Pojawiła się wersja A4x4 z nowym silnikiem i bardziej zabudowaną budą. Miała wyprzeć powoli dogorywające Jeepy w wojsku portugalskim, czy armiach frankofońskiej części Afryki. No cóż, jak widać eksperyment musiał się udać doskonale, bo o Jeepie pamiętają dziś wszyscy, a tymczasem francuski niskobudżetowy walczak piaskowy może co najwyżej sformować grupę mniejszościową w parlamencie terenowych gruzów.
Don’t cry for me Argentina
OK. Mogliście spodziewać się Mehari w Afryce. Mogliście oczekiwać, że pojawi się w Azji. Ale czy podejrzewaliście, że Francuzom uda się podbić rynek swoim plastikowym KRULem wiosek, plaż i komisariatów aż w Argentynie i Urugwaju? A jednak. Citroen Mehari trafił pod południowoamerykańskie strzechy niezależnie od tego, że produkowano także na mejscu lokalną “meharyzowaną” wersję 2CV znaną jako Yagan, oraz model Azam (czyli kolejne wariacje z elementami karoserii dokręcanymi do bebechów nieśmiertelnego 2 CV. Są “nowoczesne” i piękne jak toaleta publiczna na dworcu w Kłajpedzie (ale to rok 2004, a schowki na bagaże sa na kopiejki), ale trzeba przyznać, że ma to swój urok.

Co zaś się tyczy urugwajskiego, czy argentyńskiego Mehari samewgo w sobie, dlaczego ono w ogóle jest tutaj dla mnie zagadnieniem? Otóż, gdy zdradziłam się koledze ze swoim zachwytem nad tym autkiem, pokazał mi właśnie to.
Citroen Mehari Ranger śmiało rozjeżdża temat proporcji, pluje olejem silnikowym w twarz estetyce i śmieje się donośnie stukając nielicznymi zaworami każdemu, kto myślał sobie, że nie da się zabić francuskiego stylu dokładając ledwie kilka szyb i dach. Otóż da się, jak najbardziej i to jeszcze jak. Smacznego. Crossover na miarę potrzeb każdego hipstera- graciarza.
Pozdrowienia z Niemiec
A teraz patrzcie na tego brzydala – czy ma francuskie podwozie? Tak, A silnik? Tak. Czy buda jest łatwą do montażu zbieraniną prefabrykatów? Tak. Czy jego burty kończa się w połowie i wersja podstawowa, “otwarta”, jest gotowa do użycia? Tak. Czy to jest Mehari? Nie, to Firefab Sherpa. Niemcy zamiast kupować pełen francuski wypas po prostu go nie dopuścili do użytku, bo nie spełniał norm bezpieczeństwa.

Tworzywo sztucze, z którego wytwarzano oryginalne Mehari zostało przez TÜV uznane za zbyt łatwopalne, oraz emitujące przy spalaniu zbyt toksyczne opary. Stąd mimo dwukrotnej próby pozyskania homologacji (1970 i 1971) Francuzi po prostu sprzedali sam patent oraz podwozie i napęd z 2CV, a w zasadzie Dyane 6, zaś Niemcy przygotowali karoserie z włókna szklanego i wprowadzili inne niezbędne do uzyskania homologacji elementy (w tym pasy bezpieczeństwa). Nasi zachodni sąsiedzi także skorzystali z koncepcji znanej juz z FAF-a czyli auto – IKEA: kupujesz i składasz.
Sherpy dostępne były tylko w wersji z napędem na jedną oś i silnikiem o pojemności 602 cm3. Nie chcę się chyba bardziej rozwodzić nad tym, bo, że tak powiem, Niemcy mnie nie robią, ale zachęcam do samodzielnych poszukiwań i zgłębiania tematu. Na zachęte więcej zdjęć zwykłego, oryginalnego Mehari z materiałów promocyjnych.




Genialna sprawa. I w zasadzie pozostawiam temat otwartym (jak nadwozie Mehari, he, he), bo tak jak wersji tego konceptu wykonanych z różnych materiałów jest mnóstwo (no jeszcze Dalt, Pony i inne takie), krajów, w których składano i pasowano stopami te wariacje też nie brak (Grecja, Iran, Wietnam…), tak też wariantów i liftów było kilka… O E-Mehari nie będziemy mówić. Bo to było, minęło i nie miało z prawdziwym Mehari absolutnie nic wspólnego.
